Nazywam się Danisława Poliszuk.
Dla przyjaciół i najbliższych, po prostu Dana.

Jest lato 1972 roku.
Kończę liceum i nie wiem, co ze sobą zrobić. Mam kilka marzeń, ale już wiem, że pozostaną niespełnione – choroba kręgosłupa, przebyta w dzieciństwie, skutecznie w tym przeszkadza.
– Niech Dana idzie na Katolicki Uniwersytet Lubelski – proponuje rodzicom pani Kazia, moja katechetka – To będzie dla niej dobre miejsce, nie spotkałam do tej pory tak wrażliwego i dobrego dziecka.
I nagle już wiem, jak czują się ptaki, ucząc się latać: pani Kazia właśnie dała mi skrzydła i popchnęła do latania. Idę na KUL, na psychologię. Czas mija, wychodzę z dyplomem, ale nie widzę siebie w pracy, w której tylko diagnozuję, bez prowadzenia terapii.

Znów czuję to zagubienie sprzed lat.
Co robić?

Kolega mówi mi:
– Zostań logopedą.
Kto to jest logopeda? Co robi? Szukam, czytam i wiem: to jest to, co chcę w życiu robić. Uczyć tak mówić, by każdy był rozumiany, nawet wtedy, gdy mówi szeptem!Biegnę na Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, do profesora Leona Kaczmarka – twórcy Zakładu Logopedii.
Profesor uśmiecha się i mówi:
– Musisz po studiach popracować dwa lata. Jak będziesz chciała się uczyć, wróć.

Po dwóch latach wracam.
– Jestem, profesorze! Chcę być pana studentką.
– Nie zrezygnowałaś?
– Nie.
– A dlaczego?
– Bo chcę pracować z dziećmi, a pan jest szefem logopedii w Polsce.
– A masz swoje dzieci?
– Tak, dwie córeczki.
Uśmiecha się.
– Dobrze. Przyjmę cię.

Po trzech latach przyjeżdżam po dyplom z córeczkami – i z synkiem. Jestem dyplomowanym logopedą, mimo trudnych macierzyńskich obowiązków. Pracuję. Czuję, że to jest dla mnie. Jestem szczęśliwa.Aż przychodzi moment, którego nie zapomnę do końca życia.
Doprowadzam chłopca, z którym ćwiczę, do jeszcze większego zaburzenia.
To właśnie jest Krzyś. Krzyś spieszcza wyrazy: sklanka, zaba, capka.
Ćwiczymy ruchy języka według książkowych zaleceń. Na kolejnym spotkaniu Krzyś mówi „sz” tak, jakby miał kluski w buzi. Robi to z takim zacięciem, że wypuszcza powietrze bokiem buzi, jak parowóz parę. Czuję na dłoni jego ślinę, wystrzeloną w czasie mówienia. Nie mogę w to uwierzyć! Jak to się stało? Przecież postępowałam zgodnie z wyuczoną procedurą!

Byłam dumna z siebie, a teraz czuję upokorzenie i wstyd. Wstydzę się przed samą sobą, bo Krzyś i jego mama nie zauważają mojego błędu.

Analizuję dotychczasowe ćwiczenia.
Już wiem!
Uczono nas, że należy ćwiczyć narządy mowy. Nikt jednak nie powiedział nam, jak to robić i jak długo ćwiczyć. Myślę – i wymyślam. Biorę się za naprawianie tego, co zepsułam… Czy się uda?

Udaje się.
Krzyś mówi pięknie.
Przekonuję się, że można nauczyć się czegoś drugi raz. Tym razem dobrze!

Zainspirowana naszym sukcesem, przez następne lata tworzę i testuję ćwiczenia usprawniające ruchomość narządów mowy. Mam już ich cały zestaw: ponad dwadzieścia segregatorów ćwiczeń, tekstów, rebusów, zagadek. Pozwalają nawet dwulatkowi mówić tak, że wszyscy go rozumieją. Wiem też, jak prowadzić ćwiczenia, by żmudna praca zamieniła się w wesołą przygodę: na zajęciach dobrze się bawimy, a język i wargi zamieniają się w słonia, lampkę, tackę, konika, rybkę. Uśmiecham się, gdy rodzice niecierpliwie czekają na wyrazy do ćwiczeń, a ja „wygłupiam” się z ich dziećmi. Uwielbiam ten moment, gdy zaskoczona mama mówi: „Pani Dano, przecież nie było ćwiczeń, tylko zabawa, a Lenka już pięknie mówi!” Co więcej – potrafię nauczyć nie tylko dzieci. Uczę także ich rodziców – i logopedów. Pracuję z nimi online i w Ośrodku Rozwoju Dziecka, który otworzyłam, będąc… emerytką.

Wiesz, czemu napisałam ebooka właśnie o rozwoju mowy u noworodków?

Bo jako młoda mama, wtedy jeszcze nie logopeda, byłam bardzo zagubiona. Nie wiedziałam na co mam zwracać uwagę, by moje dziecko dobrze się rozwijało, by jego mówienie było prawidłowe.

Zobacz, jak inni oceniają moje kompetencje